Aktualny trip: AMERYKA POŁUDNIOWA

Jestem w drodze.... 28 listopada 2007 laduje w Rio de Janeiro i dalej... wbijam do Boliwii następnie Peru, Ekwador i Kolumbia. Celem jest droga...

Blog
Foty

pitblama.com

BLOG: locombia

foty z tripów

zdjęcia uporządkowane wg tripów

wpisy z tripów:

wpisy uporządkowane wg tripów

2005karakoram

chiny xinjang > Iran > Nepal > Pakistan > Rosja > Turcja > Tybet

2006holandia, uk

na rowerze

locombia

September 10, 2008


 

9 wrzesien, Santa Marta, Kolumbia

 

 

 

 

Czesto probuje wybrazic sobie emocje ludzi ktorzy byli przede mna w konkretnym miejscu. Dzidek moich przeziomaskow, Kajtolineusza i Jania, jakis czas temu  sprzedawal polskie helikoptery macho kozakom z Kolumbii.

 

Lata 80 komunistycznej Polski, szaro, buro i pizga. Z tej wlasnie rzeczywistosci Dziadek leci z ekipa do Medellin dilowac helikopterami  z lokalasami. Medellin to miasto w ktorym urodzil sie i zyl Pablo Escobar. Szczyt jego kariery o wlasnie lata 80-te. W roku 1982 tafia do parlamentu.

Inne to czasy chyba bardzo od tych. Z Dziadkowych opowiesci wiem ze ekipa polska delujaca helikopterami kilra razy musila sie chowac pod lozka bo lokalne chlopaki fundowali sobie strzelanine w hotelu.

Kajto jesli Dziadek ma takie same gusta jesli chodzi o kobiety jak Ty jolasku to wizyta w Medellin musiala byc dla niego zdecydowanie niezapomnianym przezyciem…;-)

 

Lonely Planet – najbardziej popularne przewodniki po swiecie rodem z Australii , Melbourne.

Autorem Lonely Planet po Kolumbii(edycja z 2004) jest polak Krzysztof Dydynski, Warszawiak z pochodzenia mieszkajacy w Australii. Jest on przedostatnim autorem sekcji Kolumbia. Ostatni autor przyznal sie na lamach swojej ksiazki ze napisal  przewodnik po Kolumbii nigdy nie bedac  w Kolumbii(edycja z roku 2007 )…

 

Zanim zaczne kolubijskie historie streszcze wybitke z Ekwadoru.

Numero 1:Akcja wpierdol  Tonyego.

La Mariscal w Quito – turystyczne getto, 90% turystow ktorzy tu przyjezdzaja mieszka wlasnie tu. Jak to z tego typu miejscowkami bywa tam gdzie siano i gringos tam tez i roznego rodzaju menty. Kilka osob mowilo  mi zeby bardzo uwazac wlasnie tam. Widac to na pierwszy rzut oka ze mejsce nie jest za bezpieczne.

Coz wiec sie stalo- moj ziom Tony wracal z knajpy z wifi kolo godziny 21. Nie byla to jakas ciemna uliczka, etc , etc.

Akcja o ktorej mowil mi japonczyk Szu – przyduszenie od tylu.

Tonyego dojechalo dwoch kolesi, jeden zalozyl mu bloka na szyje a drugi klasycznie go lal.

Im wiecej oporu ze strony Tonyego tym wiecej strzalow ze strony mend. Wiele tez nie masz do powiedzenia w tej sytuacji bo efektem przyduszenia jest utrata swiadomosci.

21 godzina w bardzo zywej dzielni w Quito, ludzie na ulicy, ochroniarze 20 metrow dalej, nikt nie zareagowal…

Kolesie ukradi mu lapciaka z fotami  z ostatnich szesciu miesiecy  (zero updatow…),bilety lotnicze , sandaly…

Bardzo suaba akcja . Nic to, zywy czlowiek  wiec tym nalezy sie cieszyc. Czesto stawianie oporu w takich sytuacjach konczy sie kosa.

 Klasyczny fakenszit.

 

Akcja ta miala miejsce dzien po tym kiedy ja przebilem do Riobamby. Plan byl taki ze jade pierszy i rozkminiam wspinaczke na wulkan Chimborazo(6310mnpm) Tony dobija za dzien lub dwa i idziemy razem. Moj pomysl na ten wulkan byl taki zeby wyjsc razem ale bez agencji i przewodnika. Wypozyczamy sprzet z agencji i dziemy sami. Po akcji z Quito Tony stwierdzil ze odpuszcza bo poobijany i wkurwiony  jest za bardzo, nie dziwie sie.

 

 W Riobambie spotykam sie z innym ziomkiem – Jastinem – ktory wrocil wlasnie z tego wulkanu. Udalo mu sie dojsc na 6200 mnpm – choroba wysokosciowa go dojechala.

 

Justin stanowczo mi odradza samotne wyjscie , ja jednak swoje.

Pozyczylem sprzet. Pojechalem do schroniska na 5000 mnpm. .

Na 5000 mnpm czuje sie dobrze. O 23 wychodze za pierwsza grupa. Cholera Justn mial racje, technicznie to ten wulkan jest o wiele ciezszy niz Huayna Potosi w Boliwii plus pizga jak w kieleckiem, duzo kamieni i lodu. Ale ide i nie mam jakis wiekszych problemow. O 2.30 w nocy  dojezdza mnie choroba wysokosciowa. Zbiera mnie na belty i trace energie ,  stwierdzam ze nie ma klasycznego bata zebym szedl dalej.

Ok odpoczywam.Ciemno jak w dupie, mija mnie ekipa no 2 , i ekipa no 3 .Pizga .

Kiedy sie ruszasz wszystko jest ok , kiedy sie zatrzymasz zaczynasz sie dygotac z zimna.

No i jestem na 5700 mnpm, sam i mysle  sobie : no to zes czleniu kurna przykozaczyl.

W tych ciemnosciach nawet nie probuje schodzic na dol

Wykopalem sobie dziure w sniegu zeby ochronic sie przed wiatrem, czekam: 3, 3.30, 4, 4.30 , 4.45, 5, 5.15, 5.30, 5.45…

O 6 rano wschodzi slonce. Fuck wydawalo mi sie ze za dnia zejscie nie bedzie problemem. I to jest wlasnie ta roznica miedzy tym co sie wydaje a tym co jest. Udalo mi sie znalezc droge i zejsc do schroniska samemu ale ….no comments.

 

Szybki powrot do Quito – kierunek Kolumbia.

W drodze do Bogoty spotykam 2 parki na motocyklach, zapraszaja mnie na kawe po kilku slowach okazuje sie sa na zlocie motocyklowym i zapraszaja oczywiscie. Foty z katalogu motocolombia to wlasnie ten zlot. Kolumbijczycy kochaja motocykle. Fakt faktem ze moja koza byla chyba najmniej lanserska koza w tym miejscu ale coz koza z historia a nie supernowki z 2008.

Bardzo spoczko ludzie.

W Bogocie odwiedzam ziomka ktorego poznalem w Rio de Janeiro i szybka przebitka do Medellin. Acha zrobilem sobie prezent zaipodalem sobie ipoda, cieszy cacko nie ma co.

No i moge w koncu pozrzucac gigabajty z kompa.

Zabaweczki duzych chlopcow…;-)

Medellin calkiem calkiem , udalo mi sie wbic na dobra impreze electro do Carnival, doooobry klub dobra impreza.

Od  Montanity w Ekwadorze do Cartaheny na wybrzezu Kolumbii bujalem caly czas z Tonym. On troche cisnieniowal – co mi bylo na reke- co do szybkiej przebitki na karaibskie wybrzeze Kolumbii.

3 dni temu Tony zapakowal sie na jacht i jest reraz w polowie drogi do Panamy.

 

Jestem w Santa Marta na wybrzezu – karaiby…

Jest grubo, podoba mi sie Kolumbia. Bardzo sympatyczni ludzie, goraco.

W koncu goraco. Dokladnie tak jak w Rio de Janeiro. Niiiice

 

Mysle ze jedno z wyobrazen na temat Ameryki Poludniowej : non stop goraco.

Prawda jest taka ze w przypadku mojej traski to od polnocnej Argentyny, przez Boliwie, Peru, Ekwador az do srodkowej Kolumbii bylo raczej zimno a czesto  bardzo zimno.

 

Tym samym dobilem do konca planowanego tripsona, na szczescie plany sie zmieniaja i jade dalej.

No wlasnie.

Z polnocy Kolumbii moge jechac dalej wybrzezem do Rio albo przebic do Panamy.

Duzo mysle o Rio , kocham to miejsce i szczerze mowiac bazd piszac to jesli chodzi o emocje zwiazane z miejscami w ktorych bylem przez te 9 miesiecy to z niczym nie moge rownac Rio de Janeiro. Mysle czesto : dude jesli to jest to dlaczego po prostu nie wrocic i cieszyc sie Rio. Tru , ale na tym tez polega podrozowanie, na szukaniu rzeczy innych. Moglbym zatrzymac sie  w Nepalu, i wracac do niego za kazdym razem ale wlasnie dlatego ze szukam rzeczy innych dotarlem do Rio. Nie wiem czy spotka mnie cos podobnego w ciagu nastepnych miesiecy mimo wszystko nie wracam na razie do Rio.

 

Kierunek Nowy Jork…;-)

To jest wlasnie ta opcja traski: za jakis miesiac jacht do Panamy(5 dni) pozniej Ameryka Centralna , Mexyk i Kalifornia, z tamtad przez stany do Nowego Yorku.

Taki jest plan…

Nowy Jork – w sumie 2 lata mojego zywota spedzone w tym miescie.

We will see…

 

Musze troche podladowac bateryjki przed dalsza bujana.

Dluzsze podrozowanie meczy, wierzyc badz nie ale meczy: pakowanie,rozpakowywanie,zmiany miejsc , sytuacji, maprawy motura, etc.

I czasami myslisz sobie: dobra olac to nie mam ochoty na dalsza bujane,  na napierdalanie sie z wiesniakami, kminienie wszystkiego od poczatku, gadek pt.: skad jestes, ile podruzujesz…, cyganskiego zycia.

 

3 dni temu dobilem do miejscowki ekipki poznanej w Peru ajriszow Roba i Diany. Pomieszkuje tez z nimi Charlie – kolumbijski boyfriend Diany. Milo bardzo bo wynajmuja apartament na plazy wiec jest odrobina chilu i prywaty

 

 

 

Przyznam szczerze ze rzecz ktora jest no 1 tego tripa to motocykl. Generalnie podzielic moge dni tripsona na te w ktorych przemieszczam sie na moturze i te bez motura. Kocham  motur. Nie wyobrazam sobie skonczyc teraz tripa motocyklowego. 13 500 km za mna i apetyt rosnie w miare jedzenia.


 

 

 

Pozdro serdeczne

 

Pit

 



  1. Comment by robb — September 10, 2008 @ 6:47 pm

    i to jest to ! qurna! slicznie napisales te koncowke. nic dodac chlopie!
    3mamy kciuki! przesylamy nowe baterie :-)
    robb i ania


  2. Comment by mareczek — September 10, 2008 @ 7:08 pm

    Siemasz Pit!!!
    Dajesz dajesz nie przestajesz :)
    Wyglada z opowiesci ze niezle sie sforsowales w drodze na wulkan Chimborazo.Nie pytam o szczegoly powrotu bo to ostry HC musial byc.
    Mam nadzieje ze Ty w zdrowiu i jak najdluzej tak pozostanie.Zycze powodzenia w dalszym tripie i do zobaczenia przy najblizszej okazji niekoniecznie w Londynie :).
    Pozdrawiam


  3. Comment by kajt — September 10, 2008 @ 9:18 pm

    hehehe
    no slicznie oPitaja! =)
    dzieje sie i wrazenia czas caly wokol i jest czym pasc oczy =)
    zajeeebiozo!
    bedac w hameryce alfreda moglbys odwiedzic bo on na keywest..
    pozdrooofki i fotosow wiecej dawaj bom ciekaw otaczajacego Cie piekna
    peace&lof!


  4. Comment by Artur (mofis) — September 14, 2008 @ 11:18 am

    dobrze, dobrze !
    duzo czytania - bardzo dobrze, duzo ogladania - jeszcze lepiej.
    fajnie sie to czyta! super przygody! nie poddawaj sie, napieraj … do rio zawsze mozna wrocic ;)

    trzymamy kciuki!


  5. Comment by Marcin_Niedziolka — September 16, 2008 @ 1:20 pm

    Zajebista akcja !! Lipna akcja z wulkanem ale “z tym” nie wygrasz, i dobrze ze zawrociles, chociaz ze po przygodach. “Cos” w tym jest co powiedziales o powrotach do najlepszych odwiedzonych miejsc…

    Szerokiej drogi:D
    Marcin


  6. Comment by Kate — September 16, 2008 @ 8:34 pm

    ja nie mogę sobie wyobrazić ze kiedyś masz dośc i osiadasz w jednym miejscu na kilka-naście-dziesiąt lat… :-)
    ale może z tripa bedziesz wracał przez Wawkę?
    pozdro Pit z lodowatej Stolycy ;-)


  7. Comment by Mały — September 17, 2008 @ 12:26 pm

    marzenia gonią marzenia…..
    Trip Tripa…
    PIT mistrz ceremoni, bujaj chłopie ile sił a baterie podładuj w jakimś dobrym H 5 gwiazdek, jacuzzi i jakaś masażystka…
    a później dalej na pustynie:-)

    pozdrawiam byku!!!
    Mały


  8. Comment by Lapa — October 5, 2008 @ 2:30 pm

    Fuckin’ New York, ale zazdroszcze. Pozdrow ziomaskow z NJ!!!


  9. Comment by Mr. Beduin — October 6, 2008 @ 12:15 pm

    Pit ciągle pozostajesz wielkim mastah! Pointa tego wrzutu mega rozkminiająca. Robisz bracie wielkie rzeczy - pozazdrościć. Od naszego poznania się i rozkminy w VIPie w BK bacznie śledzę twojego tripa. Zauważyłem, że to już roczek niebawem pyknie jak odleciałeś z PiS’owskiego kraju.
    Mądrych decyzji i zdrówka życzę!
    Mocno 3mam kciukii kibicuję!

    Mr. B