indonezja > indonezja:bali > kambodża > laos > malezja > tajlandia > tybet
9 wrzesien, Santa Marta, Kolumbia
Czesto probuje wybrazic sobie emocje ludzi ktorzy byli przede mna w konkretnym miejscu. Dzidek moich przeziomaskow, Kajtolineusza i Jania, jakis czas temu sprzedawal polskie helikoptery macho kozakom z Kolumbii.
Lata 80 komunistycznej Polski, szaro, buro i pizga. Z tej wlasnie rzeczywistosci Dziadek leci z ekipa do Medellin dilowac helikopterami z lokalasami. Medellin to miasto w ktorym urodzil sie i zyl Pablo Escobar. Szczyt jego kariery o wlasnie lata 80-te. W roku 1982 tafia do parlamentu.
Inne to czasy chyba bardzo od tych. Z Dziadkowych opowiesci wiem ze ekipa polska delujaca helikopterami kilra razy musila sie chowac pod lozka bo lokalne chlopaki fundowali sobie strzelanine w hotelu.
Kajto jesli Dziadek ma takie same gusta jesli chodzi o kobiety jak Ty jolasku to wizyta w Medellin musiala byc dla niego zdecydowanie niezapomnianym przezyciem…;-)
Lonely Planet – najbardziej popularne przewodniki po swiecie rodem z Australii , Melbourne.
Autorem Lonely Planet po Kolumbii(edycja z 2004) jest polak Krzysztof Dydynski, Warszawiak z pochodzenia mieszkajacy w Australii. Jest on przedostatnim autorem sekcji Kolumbia. Ostatni autor przyznal sie na lamach swojej ksiazki ze napisal przewodnik po Kolumbii nigdy nie bedac w Kolumbii(edycja z roku 2007 )…
Zanim zaczne kolubijskie historie streszcze wybitke z Ekwadoru.
Numero 1:Akcja wpierdol Tonyego.
La Mariscal w Quito – turystyczne getto, 90% turystow ktorzy tu przyjezdzaja mieszka wlasnie tu. Jak to z tego typu miejscowkami bywa tam gdzie siano i gringos tam tez i roznego rodzaju menty. Kilka osob mowilo mi zeby bardzo uwazac wlasnie tam. Widac to na pierwszy rzut oka ze mejsce nie jest za bezpieczne.
Coz wiec sie stalo- moj ziom Tony wracal z knajpy z wifi kolo godziny 21. Nie byla to jakas ciemna uliczka, etc , etc.
Akcja o ktorej mowil mi japonczyk Szu – przyduszenie od tylu.
Tonyego dojechalo dwoch kolesi, jeden zalozyl mu bloka na szyje a drugi klasycznie go lal.
Im wiecej oporu ze strony Tonyego tym wiecej strzalow ze strony mend. Wiele tez nie masz do powiedzenia w tej sytuacji bo efektem przyduszenia jest utrata swiadomosci.
21 godzina w bardzo zywej dzielni w Quito, ludzie na ulicy, ochroniarze 20 metrow dalej, nikt nie zareagowal…
Kolesie ukradi mu lapciaka z fotami z ostatnich szesciu miesiecy (zero updatow…),bilety lotnicze , sandaly…
Bardzo suaba akcja . Nic to, zywy czlowiek wiec tym nalezy sie cieszyc. Czesto stawianie oporu w takich sytuacjach konczy sie kosa.
Klasyczny fakenszit.
Akcja ta miala miejsce dzien po tym kiedy ja przebilem do Riobamby. Plan byl taki ze jade pierszy i rozkminiam wspinaczke na wulkan Chimborazo(6310mnpm) Tony dobija za dzien lub dwa i idziemy razem. Moj pomysl na ten wulkan byl taki zeby wyjsc razem ale bez agencji i przewodnika. Wypozyczamy sprzet z agencji i dziemy sami. Po akcji z Quito Tony stwierdzil ze odpuszcza bo poobijany i wkurwiony jest za bardzo, nie dziwie sie.
W Riobambie spotykam sie z innym ziomkiem – Jastinem – ktory wrocil wlasnie z tego wulkanu. Udalo mu sie dojsc na 6200 mnpm – choroba wysokosciowa go dojechala.
Justin stanowczo mi odradza samotne wyjscie , ja jednak swoje.
Pozyczylem sprzet. Pojechalem do schroniska na 5000 mnpm. .
Na 5000 mnpm czuje sie dobrze. O 23 wychodze za pierwsza grupa. Cholera Justn mial racje, technicznie to ten wulkan jest o wiele ciezszy niz Huayna Potosi w Boliwii plus pizga jak w kieleckiem, duzo kamieni i lodu. Ale ide i nie mam jakis wiekszych problemow. O 2.30 w nocy dojezdza mnie choroba wysokosciowa. Zbiera mnie na belty i trace energie , stwierdzam ze nie ma klasycznego bata zebym szedl dalej.
Ok odpoczywam.Ciemno jak w dupie, mija mnie ekipa no 2 , i ekipa no 3 .Pizga .
Kiedy sie ruszasz wszystko jest ok , kiedy sie zatrzymasz zaczynasz sie dygotac z zimna.
No i jestem na 5700 mnpm, sam i mysle sobie : no to zes czleniu kurna przykozaczyl.
W tych ciemnosciach nawet nie probuje schodzic na dol
Wykopalem sobie dziure w sniegu zeby ochronic sie przed wiatrem, czekam: 3, 3.30, 4, 4.30 , 4.45, 5, 5.15, 5.30, 5.45…
O 6 rano wschodzi slonce. Fuck wydawalo mi sie ze za dnia zejscie nie bedzie problemem. I to jest wlasnie ta roznica miedzy tym co sie wydaje a tym co jest. Udalo mi sie znalezc droge i zejsc do schroniska samemu ale ….no comments.
Szybki powrot do Quito – kierunek Kolumbia.
W drodze do Bogoty spotykam 2 parki na motocyklach, zapraszaja mnie na kawe po kilku slowach okazuje sie sa na zlocie motocyklowym i zapraszaja oczywiscie. Foty z katalogu motocolombia to wlasnie ten zlot. Kolumbijczycy kochaja motocykle. Fakt faktem ze moja koza byla chyba najmniej lanserska koza w tym miejscu ale coz koza z historia a nie supernowki z 2008.
Bardzo spoczko ludzie.
W Bogocie odwiedzam ziomka ktorego poznalem w Rio de Janeiro i szybka przebitka do Medellin. Acha zrobilem sobie prezent zaipodalem sobie ipoda, cieszy cacko nie ma co.
No i moge w koncu pozrzucac gigabajty z kompa.
Zabaweczki duzych chlopcow…;-)
Medellin calkiem calkiem , udalo mi sie wbic na dobra impreze electro do Carnival, doooobry klub dobra impreza.
Od Montanity w Ekwadorze do Cartaheny na wybrzezu Kolumbii bujalem caly czas z Tonym. On troche cisnieniowal – co mi bylo na reke- co do szybkiej przebitki na karaibskie wybrzeze Kolumbii.
3 dni temu Tony zapakowal sie na jacht i jest reraz w polowie drogi do Panamy.
Jestem w Santa Marta na wybrzezu – karaiby…
Jest grubo, podoba mi sie Kolumbia. Bardzo sympatyczni ludzie, goraco.
W koncu goraco. Dokladnie tak jak w Rio de Janeiro. Niiiice
Mysle ze jedno z wyobrazen na temat Ameryki Poludniowej : non stop goraco.
Prawda jest taka ze w przypadku mojej traski to od polnocnej Argentyny, przez Boliwie, Peru, Ekwador az do srodkowej Kolumbii bylo raczej zimno a czesto bardzo zimno.
Tym samym dobilem do konca planowanego tripsona, na szczescie plany sie zmieniaja i jade dalej.
No wlasnie.
Z polnocy Kolumbii moge jechac dalej wybrzezem do Rio albo przebic do Panamy.
Duzo mysle o Rio , kocham to miejsce i szczerze mowiac bazd piszac to jesli chodzi o emocje zwiazane z miejscami w ktorych bylem przez te 9 miesiecy to z niczym nie moge rownac Rio de Janeiro. Mysle czesto : dude jesli to jest to dlaczego po prostu nie wrocic i cieszyc sie Rio. Tru , ale na tym tez polega podrozowanie, na szukaniu rzeczy innych. Moglbym zatrzymac sie w Nepalu, i wracac do niego za kazdym razem ale wlasnie dlatego ze szukam rzeczy innych dotarlem do Rio. Nie wiem czy spotka mnie cos podobnego w ciagu nastepnych miesiecy mimo wszystko nie wracam na razie do Rio.
Kierunek Nowy Jork…;-)
To jest wlasnie ta opcja traski: za jakis miesiac jacht do Panamy(5 dni) pozniej Ameryka Centralna , Mexyk i Kalifornia, z tamtad przez stany do Nowego Yorku.
Taki jest plan…
Nowy Jork – w sumie 2 lata mojego zywota spedzone w tym miescie.
We will see…
Musze troche podladowac bateryjki przed dalsza bujana.
Dluzsze podrozowanie meczy, wierzyc badz nie ale meczy: pakowanie,rozpakowywanie,zmiany miejsc , sytuacji, maprawy motura, etc.
I czasami myslisz sobie: dobra olac to nie mam ochoty na dalsza bujane, na napierdalanie sie z wiesniakami, kminienie wszystkiego od poczatku, gadek pt.: skad jestes, ile podruzujesz…, cyganskiego zycia.
3 dni temu dobilem do miejscowki ekipki poznanej w Peru ajriszow Roba i Diany. Pomieszkuje tez z nimi Charlie – kolumbijski boyfriend Diany. Milo bardzo bo wynajmuja apartament na plazy wiec jest odrobina chilu i prywaty
Przyznam szczerze ze rzecz ktora jest no 1 tego tripa to motocykl. Generalnie podzielic moge dni tripsona na te w ktorych przemieszczam sie na moturze i te bez motura. Kocham motur. Nie wyobrazam sobie skonczyc teraz tripa motocyklowego. 13 500 km za mna i apetyt rosnie w miare jedzenia.
Pozdro serdeczne
Pit
colombia —
9 Comments »
Leave a comment
Comment by robb — September 10, 2008 @ 6:47 pm
i to jest to ! qurna! slicznie napisales te koncowke. nic dodac chlopie!
3mamy kciuki! przesylamy nowe baterie
robb i ania
Comment by mareczek — September 10, 2008 @ 7:08 pm
Siemasz Pit!!!
Dajesz dajesz nie przestajesz
Wyglada z opowiesci ze niezle sie sforsowales w drodze na wulkan Chimborazo.Nie pytam o szczegoly powrotu bo to ostry HC musial byc.
Mam nadzieje ze Ty w zdrowiu i jak najdluzej tak pozostanie.Zycze powodzenia w dalszym tripie i do zobaczenia przy najblizszej okazji niekoniecznie w Londynie :).
Pozdrawiam
Comment by kajt — September 10, 2008 @ 9:18 pm
hehehe
no slicznie oPitaja! =)
dzieje sie i wrazenia czas caly wokol i jest czym pasc oczy =)
zajeeebiozo!
bedac w hameryce alfreda moglbys odwiedzic bo on na keywest..
pozdrooofki i fotosow wiecej dawaj bom ciekaw otaczajacego Cie piekna
peace&lof!
Comment by Artur (mofis) — September 14, 2008 @ 11:18 am
dobrze, dobrze !
duzo czytania - bardzo dobrze, duzo ogladania - jeszcze lepiej.
fajnie sie to czyta! super przygody! nie poddawaj sie, napieraj … do rio zawsze mozna wrocic
trzymamy kciuki!
Comment by Marcin_Niedziolka — September 16, 2008 @ 1:20 pm
Zajebista akcja !! Lipna akcja z wulkanem ale “z tym” nie wygrasz, i dobrze ze zawrociles, chociaz ze po przygodach. “Cos” w tym jest co powiedziales o powrotach do najlepszych odwiedzonych miejsc…
Szerokiej drogi:D
Marcin
Comment by Kate — September 16, 2008 @ 8:34 pm
ja nie mogę sobie wyobrazić ze kiedyś masz dośc i osiadasz w jednym miejscu na kilka-naście-dziesiąt lat…

ale może z tripa bedziesz wracał przez Wawkę?
pozdro Pit z lodowatej Stolycy
Comment by Mały — September 17, 2008 @ 12:26 pm
marzenia gonią marzenia…..
Trip Tripa…
PIT mistrz ceremoni, bujaj chłopie ile sił a baterie podładuj w jakimś dobrym H 5 gwiazdek, jacuzzi i jakaś masażystka…
a później dalej na pustynie:-)
pozdrawiam byku!!!
Mały
Comment by Lapa — October 5, 2008 @ 2:30 pm
Fuckin’ New York, ale zazdroszcze. Pozdrow ziomaskow z NJ!!!
Comment by Mr. Beduin — October 6, 2008 @ 12:15 pm
Pit ciągle pozostajesz wielkim mastah! Pointa tego wrzutu mega rozkminiająca. Robisz bracie wielkie rzeczy - pozazdrościć. Od naszego poznania się i rozkminy w VIPie w BK bacznie śledzę twojego tripa. Zauważyłem, że to już roczek niebawem pyknie jak odleciałeś z PiS’owskiego kraju.
Mądrych decyzji i zdrówka życzę!
Mocno 3mam kciukii kibicuję!
Mr. B